Dzisiaj szybka notka o Sarajewie. Będąc na naszym bałkan stop
tripie nie mogliśmy ominąć tego miasta. Jednak ta część naszej wyprawy jak i
obraz całej Bośni i Hercegowiny na długo zostanie nam w pamięci.
Sarajewo jest miastem pełnym kontrastów. Właściwie
nie potrafię określić czy mnie zachwyciło, czy przeraziło. Na pewno jest to
miejsce, które zmusza do refleksji. Jadąc przez Bośnię nadal widać ślady wojny
- spalone budynki, dziury po kulach na fasadach domów, ubóstwo.
W małych miasteczkach praktycznie nie ma młodych ludzi. Za to w stolicy jest
ich podwójnie dużo, jakby zjeżdżali tu z całego kraju. Są stylowi, bardzo różnorodni, wypełniają ulice, sklepy i
kawiarnie.
Do Bośni wjechaliśmy od strony Czarnogóry,
gdzie Rio wzbudzał olbrzymie zainteresowanie. Wiedzieliśmy, że w Bośni może być
ciężko z psem, ale reakcja ludzi w Sarajewie przerosła nasze oczekiwania. Wyobraźcie
sobie, że widzicie w centrum miasta kogoś z mrówkojadem na smyczy (niczym Salvador Dali) - takie właśnie
miny mieli ludzie, których mijaliśmy w Sarajewie.
W parkach na każdym kroku witały nas tabliczki informujące o zakazie
wprowadzania psów. W samym mieście jest niewiele zieleni, a jeżeli udało nam
się znaleźć teren z trawą i drzewami to zwykle okazywał się cmentarzem (kolejne
pamiątki po wojnie). Nie natknęliśmy się na żadną psiolubną knajpkę i myślę, że
można o niej tylko pomarzyć. Pies nie może podróżować: autobusem, tramwajem,
pociągiem. Nawet taksówkarze odmawiają, mimo zaproponowania podwójnej ceny. Ale
hostel udało nam się znaleźć, wcale nie psiolubny, ale po dziesięciu minutach
negocjacji udało się przekonać właściciela. Z resztą to jest cudowne na
południu – wszystko może podlegać negocjacji...!
W związku z mieszanymi reakcjami ludzi, Rio
zostaje w hostelu, a my idziemy na kawę i szybkie zwiedzanie miasta. Już
wcześniej mijaliśmy masę bezdomnych psów, ale idąc spacerowym tempem, skręcając
w coraz mniej ruchliwe uliczki, zdajemy sobie sprawę ze skali problemu. Psów
jest pełno, całe watahy, zabiedzone, poranione i chore, a jednocześnie wszystkie one są neutralnie
nastawione do ludzi. Zachowują się jakby ich w ogóle nie było, jakby nie
istniały. Ten obraz wstrząsa i nie pozawala na spokojne zwiedzanie.
Na drugi dzień próbujemy wydostać się z centrum na wylotówkę,
jednak tak jak napisałam wyżej nie mamy co liczyć na transport publiczny. Do
autostrady, było naprawdę daleko, więc próbujemy już poza ścisłym centrum coś
złapać. Wzbudzamy (a raczej Rio) wielkie zainteresowanie, ludzie zwalniają i
przyglądają się nam z zaciekawieniem. Jednak nikt nie chce zabrać do auta psa.
Aż nagle super wypasione Audi zatrzymuje się specjalnie dla nas, kierowca mówi,
że jest miłośnikiem wszystkich żywych stworzeń i specjalnie dla nas jedzie aż do
bramek na autostradzie, żeby dobrze łapało nam się stopa. I faktycznie jest
lepiej, jednak kierowcy nadal kiwają głowami na widok psa. Po godzinie udaje
nam się wydostać z Sarajewa.
Jedziemy z Bakirem, przewodnikiem owczarka belgijskiego
o wdzięcznym imieniu Nes. Bakir mówi po angielsku i pochodzi z Bośni, więc wypytujemy
go o sprawę bezdomnych psów. Opowiada nam o tym dlaczego psy są kolczykowane
(po wysterylizowaniu psy dostają plastikowe kolczyki z numerami) i, że według
niego akcje sterylizacji to fake, bo wielokrotnie widział zakolczykowane suki w
ciąży, albo z młodymi. Że trudno, żeby ktokolwiek myślał o losie psów, jeśli
mało kto myśli o losie dzieci. Że sytuacja jest kiepska, a mentalność ludzi nie
pomaga sprawie.
Po powrocie do Polski bardzo wiele na ten
temat myślałam, aż w końcu na fejsie natknęłam się na akcję zorganizowaną przez niesamowitą wrocławiankę (klik!), która postanowiła pomóc psiakom z Sarajewa.
Jestem pod ogromnym wrażeniem odwagi i determinacji tej dziewczyny. Zapoznajcie się proszę z tą sprawą, a jeśli macie taką możliwość to pomóżcie, udostępnijcie.
Link do wydarzenia na fb Bezdomniaki z Sarajewa (klik!)
Link do organizacji z Sarajewa, która zajmuje się bezdomnymi psiakami Saving Sufferung Stays (klik!)