05.04.2014

Oszczędzanie, oszczędzanie

Wiele godzin i równie wiele butelek wina poświęciliśmy na rozmowy o oszczędzaniu. Stworzyliśmy własną filozofię oszczędności, którą z powodzeniem praktykujemy. Ale nie bierzcie nas za parę centusiów, którzy liczą każdy grosz – to zdecydowanie nie w naszym stylu. Nasza definicja oszczędności tylko w niewielkim stopniu dotyczy pieniędzy.




Nie stać nas na kupowanie tanich rzeczy



Staramy się kupować świadomie. Co to znaczy? Przede wszystkim rozmawiamy o planowanych zakupach. Zastanawiamy się czego potrzebujemy, jakie to ma być i czy współgra z naszymi dotychczasowymi wyborami.
Brzmi trochę dziwacznie, prawda? Kto debatuje o makaronie, albo roztrząsa kwestię nowych skarpetek?
No właśnie rzecz w tym, że my to robimy... 

Podam przykład. Kupując buty zadajemy sobie kilka pytań, które pomagają nam podjąć decyzję. 
Czy ich potrzebuję? Czy są wygodne? Czy są porządne? Czy pasują do mnie?
Zestaw pozytywnych odpowiedzi zazwyczaj wiąże się z tym, że wybrany produkt jest dosyć drogi, ale jest to cena za wysoką jakość i spójność stylu, a to jest bezcenne.
Natomiast choćby jedna negatywna odpowiedź to ryzyko, że produkt nie będzie używany z pełną satysfakcją, szybko się zużyje, albo będzie nam pasować jak kwiatek do kożucha. Zmarnowane pieniądze i gwarancja niezadowolenia.
Dlatego staramy się wystrzegać wszystkich kolorowych promocji. Z doświadczenia wiemy, że za ich sprawą zwykle znosimy do domu rzeczy, których wcale nie chcemy.
Wybieramy oryginalne, ponadczasowe modele. To tłumaczy dlaczego mamy tak niewiele rzeczy.
W ten sposób otaczamy się przedmiotami, które są nam faktycznie potrzebne, i które lubimy. 

Ale nie tylko drogie rzeczy są warte uwagi. Często za niewielkie pieniądze można kupić coś wyjątkowego, ale o tym za chwilę.

Idea 100 rzeczy

A czy do życia wystarcza nam 100 rzeczy? Zdecydowanie nie.

Nie liczyliśmy, ale po samych książkach widać, że ta liczba została przez nas wielokrotnie przekroczona.
Pewnie Dave Bruno, twórca ruchu 100 Thing Challenge, a inaczej 100TC (nawet nazwę odchudził, minimalista jeden!), będzie rozczarowany, ale taka koncepcja nie jest dla nas. Ograniczenie ilości posiadanych rzeczy do okrągłej setki stało się popularne i do dzisiaj wiele osób jest zachwycona tą ideą. Ale nie my.

Mamy wiele zainteresowań, które wiążą się z gromadzeniem sprzętów. Buty do biegania, dyski do frisbee, mata do jogi, ciuchy na deskę, maszyna do szycia, slackline, aparat, rowery, a to dopiero początek!
My po prostu dobrze się czujemy, kiedy przedmioty są uporządkowane i nie przytłaczają nas swoją ilością. Nie musimy ich liczyć, żeby określić, czy mamy ich wystarczająco dużo.
Nasz minimalizm daleko wystaje poza ramy 100 rzeczy.

Jedz wolniej

Wiele osób odczuwa silną potrzebę zmian. Dlatego ruch 100TC szybko zyskał wielu zwolenników. Podobnie jest ze SlowFood, za sprawą którego nagle wzrosła świadomość ludzi dotycząca jedzenia. Teraz wszyscy sami gotują, kupują u lokalnych dostawców, albo wybierają knajpy w stylu slow.
Ale co to ma wspólnego z oszczędnością?
No trochę ma. Warzywa wyhodowane we własnym ogródku, albo samodzielnie upieczony chleb są zdrowsze i cenniejsze, niż ich sklepowe odpowiedniki. To daje poczucie większej wartości jedzenia, przez co celebrujemy posiłki, a nie po prostu konsumujemy.

Staramy się zdrowo odżywiać, więc robimy racjonalne zakupy. Racjonalne, czyli przemyślane. Z listą potrzebnych produktów, jak z mapą odwiedzamy sklepy i kupujemy dokładnie to czego potrzebujemy. A to jest kolejny krok w stronę oszczędzania.
To, że jemy zdrowo jest związane z naszym trybem życia. Uprawiamy dużo sportu i w pewnym momencie temat diety stał się dla nas codziennością. Poza tym spalając kalorie zaczęliśmy szukać takich źródeł energii, które będą bardziej wartościowe, czyli zdrowsze.
Nie pakujemy w siebie batoników zbożowych, jogurtów owocowych, ani soków z kartonów, które są naładowane cukrem, konserwantami i tylko zamulają ciało. Takie produkty na dłuższą metę nie dają organizmowi energii (ah te węglowodany proste!), więc szkoda na nie pieniędzy, a oprócz tego szkoda czasu, jaki trzeba poświęcić na wypocenie z siebie tego kolorowego miksu.
W naturalny sposób omijamy produkty niezdrowe i przetworzone. Sami przygotowujemy jedzenie. Uwielbiamy gotować. Mamy kawałek ziemi, na którym już niedługo wyrosną nasze pierwsze cukinie, sałaty i marchewki. A jak nas najdzie ochota na kanapki z szynką, to Ania rozpala ogień pod wędzarką, pogrąża się w oparach dymu i sama wędzi mięso.
Zamiast kupować, miksujemy soki warzywne i owocowe, robimy odżywcze koktajle, albo pesto do makaronu (blender z Lidla rządzi!).
Poza tym mamy swoje ulubione piekarnie, warzywniaki i sklepy z mięsem, gdzie produkty są wiadomego pochodzenia. Wolimy zjeść mniej, ale lepiej.

Nie mam się w co ubrać!

Czy zdarza się, że otwieracie szafę i nie widzicie w niej nic wartego uwagi? Na pewno.
A jeżeli nie, to znaczy, że nie macie szafy.

Każdy człowiek walczy z notorycznym brakiem ubrań, żeby ten stan zmienić można zastosować kilka sztuczek.

Po pierwsze, trzeba ustalić, czy w szafie wiszą ubrania, czy tylko zapychacze wolnej przestrzeni. Żeby to określić można zastosować sprawdzony przez wielu (zwłaszcza szafiarki) trick: wszystkie wieszaki w szafie obracamy w jedną stronę, końcówkami (haczykami) do siebie, czyli przeciwnie niż będziemy je później odwieszać. Po 30 dniach łatwo zobaczyć, których ciuchów w ogóle nie założyliśmy przez cały miesiąc. Teraz trzeba zdecydować, czy nienoszone rzeczy wylądują w kontenerze PCK, czy je komuś oddamy.

Po drugie, warto wymieniać się ciuchami. Rzeczy, których nie używamy upychamy do niebieskiej torby Ikea, a po jej wypełnieniu odwiedzamy znajomych, rodzinę, albo idziemy na SWAP (może być SWAP we Wrocławiu albo Swapmnie). Kiedy wracamy, tylko torba jest ta sama, a cała jej zawartość to zupełnie nowe i świeże łupy.

Po trzecie, odzież z drugiej ręki nie śmierdzi! Mit, że ciuchy z lumpeksów to szmaty i wstyd je kupować, jest sukcesywnie obalany. I dobrze. Ostatnio w lumpeksie dorwałem Vansy za 30zł i pasek Levisa za dychę (właściwie to Ania je wypatrzyła). A jedyne czym takie rzeczy pachną, to fart i niezła okazja.

Po czwarte, warto szyć i przerabiać. To wcale nie jest takie trudne. Nawet ja (facet!) potrafię posługiwać się maszyną do szycia i nawlekać nitkę na igłę. O ile ścieg jest prosty i przeróbka niewielka, to łatwizna. A w trudniejszych kwestiach z pomocą przychodzi mi Ania, która jest w tym naprawdę dobra. W ten sposób tworzymy niepowtarzalne torby, ciuchy i akcesoria (sami zobaczcie tutaj!). Dokładnie takie, jakie chcemy. 

Teraz planujemy uszyć wesołe pokrowce na fotele w aucie, ale o tym innym razem. Niestety materiały na metry nie są tanie, ale można kupować w second handach i przerabiać, przerabiać, przerabiać!

Rytuały

Takie zachowania łatwo wchodzą w krew i błyskawicznie zaczyna się przygoda ze świadomym decydowaniem o swoich rzeczach - nabywaniem i zbywaniem.

Mimo wielkiego sentymentu, jakim darzymy wszystkie nasze książki, to regularnie odciążamy półki i puszczamy naszą bibliotekę w obieg bookcrossingu.
Książki muszą być czytane, dlatego lepiej jest wprawić je w ruch, niż zastawiać nimi regały. Podobnie jest z innymi rzeczami. Przedmioty nie lubią bezczynności, dlatego popieramy inicjatywy bike swap, czy machniom. A jeżeli coś jest zepsute, to zamiast wyrzucać, lepiej Ładnie naprawić.

Ostatnio coraz częściej przyglądamy się przedmiotom i zamiast kupować, zastanawiamy się, jak to samemu zrobić? Zrób to sam, czy jak kto woli DIY, zwiększa kreatywność, pozwala oszczędzać i potęguje oryginalność.
Samodzielne wytwarzanie przedmiotów, mimo że w modzie, to wcale nie jest tak popularne jak się wydaje. Przeciwnie, coraz częściej ludzie wolą kupić sklepowe, niż zrobić własne. Ale więcej na ten temat już niedługo napisze Ania.

Za sprawą takiej siatki rytuałów każdy nasz dzień jest inny, potrawy smakują wyjątkowo, a wszystkie rzeczy w naszym mieszkaniu cieszą oko i duszę. To jest właśnie nasze oszczędzanie, które nie ma nic wspólnego z chciwością. Jeżeli coś kupujemy, to cieszymy się z tego, bo zapracowaliśmy na ten przedmiot i z chwilą zakupu stał się częścią naszego życia.


4 komentarze:

  1. Ooo, świetny pomysł z tymi wieszakami odwróconymi! Szkoda, że większość moich rzeczy leży na dnie szafy, krześle i podłodze, a na wieszakach głównie te, które noszę rzadziej bo jestem zbyt leniwa żeby je ściągać i zakładać na wieszak z powrotem :P
    Produktów wysoko przetworzonych też unikam(y), podobnie jak nabiału.
    Jeśli chodzi o sklepy to myśmy z Wojtkiem przerzucili się na zakupy w hipermarketach online po tym jak w supermarkecie wchłonęła nas znienacka czarna dziura czasowa. Weszliśmy z konkretną, krótką listą zakupów, a wyszliśmy grubo po godzinie czy dwóch i do dziś nie wiemy gdzie zgubił się nasz czas (obstawiam półkę z filtrami do wody lub lodówkę z mrożonkami).
    Secondhandy - wielkie tak! Ostatnio kupiłam nowe buty na platformie, dokładnie takie jakie sobie wymarzyłam, a nie mogłam znaleźć w żadnym sklepie. A tu zgarnęłam je za 14 zł.
    Fajny wpis, przyjemnie poczytać że ktoś myśli podobnie do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się strasznie przywiązuję do rzeczy. Miewam takie zrywy z oddawaniem ciuchów i wyrzucaniem zbędnych rzeczy, najczęściej jak się naoglądam programów typu "Mania chomikowania" czy coś w tym stylu. Gdybym oglądała je codziennie, pewnie miałabym dużo mniej niepotrzebnych pierdół ;-) Staramy się natomiast trzymać diety SlowFood, rzadko jemy coś na szybko i mrożonki, ugotowane samemu jest po prostu dużo smaczniejsze. No i niestety za dużo kupujemy (głównie ciuchów, w których i tak potem nie chodzę, bo odkąd mam psa, już w ogóle się nie "stroję", tylko zakładam legginsy, bo wygodne i stare t-shirty, bo i tak pies ubrudzi). Ech...
    Pozdrawiamy, Asia i Bona http://piesoswiat.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My kolekcjonujemy wspomnienia, zamiast rzeczy. A odnośnie ciuchów, to ja uważam, że taki luźny/sportowy/wygodny styl ma w sobie coś wzbudzającego ciekawość, bo za tym stoi jakaś pasja.

      Usuń
  3. Brzmi świetnie i kto nie chciałby tak żyć, ale.. nie każdy niestety ma czas na takie oszczędzanie. Kiedy w domu dzieci, kiedy praca zajmuje większość dnia obojgu, kiedy po prostu dopada zmęczenie. Inne priorytety się pojawiają, a większą oszczędnością okazuje się oszczędność czasu i wykorzystanie jej na jakieś rodzinne rozrywki, nawet jeśli wiążą się z wydaniem pieniędzy na coś niepotrzebnego :)

    OdpowiedzUsuń